
W książce Anatolija Bukriejewa nie brakuje emocji, choć nieco innego sortu niż we Wszystko za Everest. To odpowiedź Rosjanina na relację Krakauera i jego słowa krytyki. Bukriejew opisał własną wersję wydarzeń pod Everestem w 1996 roku. Był tam jednym z przewodników komercyjnej wyprawy Scotta Fischera, konkurencyjnej do tej, w której uczestniczył Krakauer. Jego książka świetnie uzupełnia reportaż Krakauera, jest spojrzeniem z drugiej strony, od zaplecza. Klient, jak Krakauer, widzi tylko wierzchołek góry lodowej, organizator i przewodnik – całość (no, prawie całość), co oczywiście nie oznacza, że i on nie popełnia błędów. Krytyka Krakauera opierała się tylko na domniemaniach, dziennikarz nie znał ustaleń ani taktyki obranej przez konkurencyjny zespół (choć z jego relacji można wysnuć odwrotny wniosek). I tę właśnie taktykę oraz swoje widzenie pracy przewodnika wysokogórskiego chciał zaprezentować we Wspinaczce Bukriejew.
Czy mu się udało? Tylko połowicznie. Tam, gdzie opowiada o zapleczu organizacyjnym komercyjnej wyprawy, gdy opisuje ogrom logistycznych przygotowań, ustaleń, których taka wyprawa wymaga, i wspomina o codziennych kłopotach związanych z zapewnieniem bezpieczeństwa klientom, wiemy, że mamy do czynienia z kimś, kto zjadł raki na niejednej górze, kto zna od podszewki wysokogórski świat i jego zagrożenia, kto potrafi podejmować dobre decyzje. Gorzej z tymi fragmentami, w których próbuje tłumaczyć się z zarzutów stawianych mu przez Krakauera. Nie dlatego, że jest mało wiarygodny. Wydaje się, że Bukriejew źle znosi światła jupiterów, nie jest człowiekiem medialnym jak Krakauer, nie potrafi brylować ani uzewnętrzniać swoich uczuć. Nie uwydatnia nawet tego, że jego postawa przyczyniła się do uratowania trzech osób. Zmusza to innych do stawiania się w roli jego adwokatów, a to z zasady nie wygląda najlepiej.
Bukriejew nie znał niestety języka angielskiego na tyle dobrze, żeby osobiście odpowiedzieć na postawione mu zarzuty. Nie miał też szczęścia, bo Weston DeWalt dokumentalista, który nadał jego wspomnieniom formę książki, okazał się o wiele gorszym pisarzem niż Krakauer. Jego tekst jest przyciężkawy, mnóstwo w nim powtórzeń, brakuje przemyślanej konstrukcji. W pewien sposób ta chropowatość zmusza jednak do stawiania własnych pytań, zastanowienia nad tym, co czytamy. Szkoda, że polska edycja dorzuca do tekstu sporo dodatkowych wad. Tłumacz bezradnie miota się pod górą, co i rusz wpadając w zdradzieckie szczeliny wysokogórskiego słownictwa (ileż rzeczy musiało przepaść w tak złym tłumaczeniu), laikami w temacie są też redaktorka i korektorka. Miejscami tekst w ogóle nie jest czytelny, a usprawiedliwienia, że to dlatego, iż Bukriejew źle mówił po angielsku, trudno potraktować poważnie. Mimo tych braków Wspinaczkę warto przeczytać. Wydaje się, że to w niej obraz tego, co zdarzyło się na Evereście w 1996 roku, jest bardziej stonowany, wyważony, a więc chyba jednak bliższy prawdy.
Zobacz recenzję zbiorczą o książkach poświęconych wydarzeniom pod Everestem w 1996 roku [klik].