
Książka Alice Lugen ma wszystkie cechy rasowego dziennikarskiego śledztwa – dobrze zarysowane sylwetki uczestników wyprawy, starannie przybliżone realia epoki, rzetelny opis wszystkich liczących się teorii próbujących wyjaśnić, co tak naprawdę zdarzyło się na miejscu wypadku – stoku góry 1079. Najwięcej miejsca Lugen poświęca kulisom prowadzonego w 1959 roku dochodzenia. Partyjne decyzje, które wówczas podjęto, są według niej kluczem do zrozumienia sprawy. To w nich trzeba szukać rozwiązania zagadki i wyjaśnienia, co oznaczało enigmatyczne sformułowanie „potężna siła”, którym oficjalnie zamknięto wtedy śledztwo.
Jak przystało na dobry reportaż, tekst Lugen przynosi więcej znaków zapytania niż prostych odpowiedzi. Dziennikarka zajmuje się uralską tragedią od siedmiu lat, ale niemal od zawsze interesuje ją historia Związku Radzieckiego. To właśnie połączenie obu tych tematów czyni książkę prawdziwie interesującą – pozwala autorce zweryfikować kilka mitów, które narosły wokół sprawy diatłowców, i czytać między wierszami radzieckich dokumentów. Bez tego trudno byłoby oddzielić prawdę od przekłamań tak często spotykanych w ówczesnych urzędowych pismach, przejść przez „labirynt niedopowiedzeń i bałaganu” kremlowskiej władzy i zrozumieć wszechogarniające poczucie bezradności, które z tą sprawą się wiąże.
Tragedia na Przełęczy Diatłowa jest chyba najbardziej przekrojowym i wyczerpującym, obok źródeł rosyjskich, opracowaniem dotyczącym śledztwa w sprawie diatłowców. W swoim pisarstwie Lugen nie stawia na literackość i słowne ozdobniki, wie jednak, jak przykuć uwagę. Zwięzły, ale nie oschły styl jej narracji sprzyja bezstronności, świetnie oddaje też bezduszną atmosferę zimnej wojny i politycznych rozgrywek. Która z teorii wyjaśniających tragedię wydaje się autorce najbardziej prawdopodobna, tego możemy się tylko domyślać. U Lugen zagadka diatłowców wciąż czeka na rozwiązanie. To opowieść, która nie ma końca.
Zobacz zbiorczą recenzję o wydarzeniach na Przełęczy Diatłowa [klik].