
Drugą książkę pisze się trudniej niż pierwszą? Na to wygląda. A przynajmniej tę obiegową opinię potwierdza przypadek Rafała Froni – Rozmowa z Górą uwypukla wszystkie wady jego pisarstwa, wcześniej przykryte nietuzinkowym spojrzeniem na górską rzeczywistość. Dostajemy kalkę debiutu – zmienił się wprawdzie zdobywany szczyt (tym razem to Manaslu), ale reszta – język, sposób opowiadania o sobie i swoich przeżyciach, wiernie odtwarza wzór, który tak spodobał się rzeszy czytelników. Samo w sobie nie jest to jeszcze wadą: wiele osób sięgnie po Rozmowę z Górą właśnie ze względu na formułę i styl pisania Froni. Nie ma jednak mowy o zaskoczeniu i powiewie świeżości, których dostarczała lektura Anatomii Góry. Emocjonalność autora i wrażliwość na otaczający go świat pozostały, tyle że nie mają już tej siły rażenia co za pierwszym razem. Co gorsza pustosłowie i truizmy, które popiskiwały w debiucie, tu rozrosły się do gargantuicznych, mało strawnych rozmiarów.
Co lęgnie się w głowie i sercu romantyka gór wysokich, jak sam siebie nazywa Fronia, wiemy sporo z poprzedniej książki. Tam balans pomiędzy zadziwieniem światem a wyprawowym życiem udało się zachować. Rozmowa z Górą pod tym względem całkowicie wymyka się spod kontroli. Ogrom przeczuć, obaw i emocji, marzeń i zadziwień nad odmienną kulturą, ba! całym światem, przytłacza; każda błahostka staje się tu ważna, każde zdarzenie może ujawnić drugie dno, należy jedynie uważnie patrzeć. Fronia zapisuje wszystko, bo tylko wtedy, jak wyznaje, prawdziwie dostrzega otaczającą go rzeczywistość, zastanawia się nad sobą, własną drogą, poznaje siebie. Niestety nie każdą zapisaną myśl warto publikować, o czym najwyraźniej nie chce pamiętać ani autor, ani wydawca. W rezultacie otrzymujemy przegadaną, nazbyt dygresyjną książkę z pokaźnym nadbagażem miałkich spostrzeżeń i pretensjonalnych porównań. Książkę w wielu miejscach ocierającą się o kicz, wypełnioną jałowymi myślami.
Gdziekolwiek idziemy i po cokolwiek, nie zapominajmy, że to droga ma największe znaczenie. Takie jest nasze życie. Życie to droga, a droga to podróż.
Piętą achillesową Rozmowy z Górą jest nie tylko nadmiar: słów, metafor, opisywanych zdarzeń. Słabością tekstu są również komunały, ogrom złotych myśli. Przesada i popisywanie się polotem, który zazwyczaj okazuje się niczym więcej jak banałem opakowanym w cynfolię słów, sprawia, że czytanie bywa męczące, ale też zabawne. Wydaje się, że Rafał Fronia za bardzo uwierzył w swój pisarski dar, błyskotliwość skojarzeń, dowcipność sformułowań, w to, że zawsze ma coś ciekawego do powiedzenia. Książka upstrzona jest zdaniami podobnymi do tych zacytowanych powyżej. To frazy godne złotoustego, pustego Paula Coelha, a nie kogoś, kto wyczulony jest na złożoność świata i tę złożoność chciałby opisać. Zabrakło niestety dyscypliny słowa, pracy nad tekstem, krytycznego podejścia do tego, co przelatuje przez głowę. Pozostały szablonowe (ach, ta romantyka), zużyte do cna górskie mity i idee, mogące co najwyżej rozpalać głowy masowego czytelnika, który w górach wysokich nigdy nie był.
Rozmowa z górą pozostawia dojmujące wrażenie tekstu pisanego na szybko, dzieła wymęczonego, skleconego na życzenie czytelników. O tym, że jest to dobry trop, przekonuje wydawca — jak pisze, powstanie książki zostało zainspirowane pytaniami internautów. To one stały się impulsem do spisania przemyśleń przez himalaistę. Czy wyszło to Rozmowie z górą na dobre? Niestety, nie.
Pisarstwo pełne ekspresji czy grafomaństwo? Literackość rzadko bywa w książkach górskich najważniejsza, czytaj: doceniana; prostota przekazu – i owszem. Niewątpliwie Rafał Fronia ma dar obserwacji i poczucie humoru. To świetne zadatki na gawędziarza, niewystarczające jednak, żeby być dobrym pisarzem. Wypada wierzyć, że kolejna książka himalaisty przyniesie czytelnikom więcej refleksji i przemyśleń wykraczających poza truizmy o „życiu, które jest drogą”.
Zobacz zbiorczą recenzję o książkach górskich Rafała Froni [klik].