
Można tę książkę nazwać autobiografią – choć pisana na cztery ręce (przy dużym wsparciu Ewy Matuszewskiej, dziennikarki, z którą łączyły Wandę więzi przyjaźni) jest osobistą opowieścią alpinistki o latach młodości, zafascynowaniu sportem, górskich wspinaczkach, dalszych i bliższych znajomych. Najwięcej miejsca Rutkiewicz poświęca wyprawom w najwyższe góry świata, skupiając się przy tym na ciężkiej pracy, której wymagało zdobycie każdego szczytu, oraz na trudnych relacjach z innymi uczestnikami ekspedycji. Brak współpracy, egoistyczne zachowania, zawiść i złośliwość – o tych aspektach niewielu himalaistów chce mówić. Rutkiewicz zwraca na to szczególną uwagę, dużo takich zachowań sama doświadczyła.
Nie wystarczy być dobrym alpinistą i nie wystarczy chęć zdobycia szczytu – trzeba jednocześnie zmieścić się w kalkulacjach, czy taka akurat osoba jest potrzebna wyprawie.
Często nie chciano jej w zespole. Była za ambitna, despotyczna, z trudem wpisywała się w układy… Przez wiele lat traktowała to jako osobistą porażkę. Później zaczęła sama organizować wyprawy albo płaciła za miejsce w zagranicznych ekspedycjach. Ceniła samodzielność, zwłaszcza u płci pięknej. Kobiecym podbojom gór wysokich poświęca w swoim tekście sporo miejsca.
Choć to najbardziej osobista książka Rutkiewicz, pozostawia pewien niedosyt. Jest zbyt wyważona. Alpinistka słynęła z ciętego języka i trudnego charakteru, zawsze miała własne zdanie, potrafiła walczyć o swoje. Tego tu nie znajdziemy. Czytając Na jednej linie, ma się wrażenie, że nie chcąc narażać się na krytykę, Rutkiewicz wiele swoich przemyśleń czy opinii pominęła albo złagodziła, uważnie dobierając słowa. Jakby przestraszyła się własnej siły, wyboru innej drogi życiowej niż usankcjonowanej dla kobiety przez ogół. Jakby na użytek czytelników chciała pokazać, że jest „normalna”.
Zobacz artykuł zbiorczy o książkach poświęconych Wandzie Rutkiewicz [klik].