Opowieść o tym Gąsienicowej była Beacie pisana. Związana z Halą sercem – tamtejsza Betlejemka przez kilka sezonów stanowiła jej dom – od lat zajmująca się górską tematyką, znana z ciętego języka, Beata miała wszystkie atuty, by napisać zajmującą książkę o tym skrawku Tatr. Nie uległa przy tym pokusie autobiografizmu (choć jako czytelniczka akurat tej autorskiej decyzji żałuję); nie poszła też drogą prostego referowania tego, co da się wyczytać w źródłach historycznych i innych publikacjach (mimo że książka aż kipi od wiadomości). Stworzyła ponętną hybrydę – na fakty, ciekawostki, znane wydarzenia i zapomniane historie spojrzała uczuciowym szkiełkiem i okiem, a następnie ułożyła z tego pełną dygresji i anegdot opowieść o miejscu magicznym.
Dziś to, że chodzimy po Tatrach, wydaje nam się rzeczą oczywistą, a wielu nie wyobraża sobie bez tego życia. W drugiej połowie XIX wieku, gdy turystyka tatrzańska dopiero się zaczynała, w Tatry docierała jedynie garstka ciekawskich, a zamiłowanie do wędrowania po górach niektórym wydawało się niepotrzebne, niezrozumiałe i dziwne.
Uczuciowe szkiełko i oko może wydawać się antonimem, czymś sprzecznym w założeniu – szkiełko i oko to przecież chłodne podejście, które trzyma emocje na wodzy (wszyscy jesteśmy podszyci Mickiewiczem :-). Ale właśnie ta przeciwstawność dobrze oddaje narracyjny styl Beaty, która faktografię lubi podbijać osobistymi poglądami i sądami. Tę dwoistość można odnaleźć nawet na okładce z klimatycznym zdjęciem narciarzy kontemplujących górskie otoczenie. Coś w wyrazie ich twarzy i sylwetek przywodzi na myśli nierozłączny duet Jana Himilsbacha i Zdzisława Maklakiewicza. Patrzą na to samo, ale każdy po swojemu: pierwszy ze spokojem i dystansem, drugi – lekko ironicznie i z powątpiewaniem. Metaforycznie rzecz ujmując, taka też jest książka Beaty: ciepła i wyważona, gdy mowa o czasach dawniejszych, cięta i uszczypliwa, kiedy dotyczy współczesności.
Sporo zdjęć znajdziemy również wewnątrz książki. Archiwalne, z wyczuciem dobrane, dobrze uzupełniają tekst, który zabiera nas na wędrówkę, gdy ludzie „jeszcze przemierzali w zachwycie szlaki wpatrzeni w zielonoczarną toń stawów, szukali spokoju, szukali siebie…”. Nieprzypadkowo w tytule recenzji pojawiają się duchy – Beata przywołuje wiele postaci, które wpisały się w dzieje hali pod Kościelcem i odcisnęły tam swój ślad. Na jej wezwanie stawiają się Zaruski, Eljasz, Goetel, Karłowicz, Groński, by wymienić tylko kilka znanych wszystkim tatromaniakom nazwisk, ale też „trwająca na posterunku jajecznicowo-herbacianym” babka Bustrycka czy Śledź Otrembus Podgrobelski. Opowieści o tym ostatnim oraz pięknoduchowskiej zgrai Towarzystwa Powiększania Wyobraźni to jedne z najzabawniejszych fragmentów książki.
Są też bonusy. Niemal każde opisywane miejsce stało się dla Beaty okazją, by wyjść poza ramy Gąsienicowej. Szałasy i schrony pozwalają wspomnieć o idei architektury organicznej i założeniach, jakie przyjmowali budowniczowie schronisk, Świnica daje pretekst, by napisać o kobietach, które mierzyły się z tatrzańskimi szczytami, Kościelec skłania do opowieści o taternickich wyzwaniach, Zawrat natomiast przywołuje wątek antysemityzmu Stanisława Witkiewicza. A to jedynie kilka przykładów. Oczywiście każdy, kto interesuje się Tatrami, będzie znał przynajmniej część zrelacjonowanych tematów i wydarzeń. Zebrane w narracyjną całość układają się jednak w nową jakość.
Wielu górskich turystów lubi obecnie mierzyć, wartościować, porównywać i kolekcjonować. Wyjście w góry musi się jakoś opłacać, i nie chodzi tu o ubogacenie duchowe czy odpoczynek. […] W górach już się nie przebywa, gór się używa. Być może to wszystko dla niektórych nie brzmi szczególnie bulwersująco, ale uwierzcie mi, kiedyś tak nie było.
Planeta Hala wpisuje się w krąg książek nostalgicznych; gra na nucie tęsknoty za przeszłością, kiedy wszystko było, jeśli nie lepsze, to na pewno ujmująco inne. Wyraźny feblik autorki do czasów minionych, a przede wszystkim do lat, kiedy sama te Tatry namiętnie przeżywała, powoduje, że przełom XX i XXI wieku jawi się w jej opowieści niczym koniec wszystkiego, co w górskim obcowaniu piękne. Tatrzańskie tu i teraz nie jest już romantyczne, nastawione na przeżywanie, ale – O tempora, o mores! – przyziemne, jazgotliwie i autoreklamiarskie. Zgrabne łączenie słów w zdania, a tych w płynącą wartkim nurtem opowieść, daje przyjemność z czytania bez względu na to, jak bardzo nam po drodze z tak postrzeganą rzeczywistością.

Planeta Hala wyszła w zakopiańskiej serii Wydawnictwa Czarne. Obok Sielankowania pod Tatrami Agnieszki Lisak, to jak dotąd najciekawsza odsłona tego cyklu.
